Przed wyprawą do “White Pockets”, położonego gdzieś na bezdrożach Arizony, nikt z nas tak naprawdę nie wiedział czego oczekiwać. Poza kilkoma ubogimi wskazówkami dotyczącymi dojazdu do tego miejsca, znalezionymi gdzieś w przewodniku po po tym pięknym stanie, nie wiedzieliśmy zupełnie nic. Na wszelki wypadek zaopatrzyliśmy się więc we wszystkie niezbędne do przetrwania rzeczy. Namiot, ciepłą odzież, spory zapas wody i suchego prowiantu. To co jednak odkryliśmy na miejscu przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Wspominając to miejsce wciąż słyszę w kółko wypowiadane słowa Marka, towarzysza podróży do White Pocket: – O mój Boże, to nie możliwe.
Podróż do White Pocket.
Wśród bezkresnych skalistych pustyni Arizony nie zawsze łatwo jest odnaleźć właściwą drogę. Przygotowania do wyjazdu rozpoczęliśmy dzień wcześniej. Już w hotelu wydrukowaliśmy znalezione w internecie mapy topograficzne stanu, nanieśliśmy na nie wszystkie istotne dane i dokładnie oznaczyliśmy wszystkie skrzyżowania oraz numery dróg wiodących nas do celu. Najciekawsze było to, że na mapie kupionej w Wallmart w pewnym momencie urywały się oznaczenia wszystkich dróg. Gdzieś pośrodku białej plamy, tuż przy granicy dwóch stanów: Utah i Arizony znajdował się zaznaczony przez nas czerwony punkt. White Pocket – cel naszej wyprawy.
Z hotelu sieci Best Western znajdującego się w miejscowości Page wyruszyliśmy o godzinie 6 rano. Kierowaliśmy się na południe drogą numer 89 przez około 23 mile, następnie na skrzyżowaniu dróg 89 i 89A skręciliśmy w prawo na drogę numer 89A. Po 30 minutach łatwej i przyjemnej jazdy dotarliśmy do miejsca, w którym należało powiedzieć “goodbye” cywilizowanym arteriom komunikacyjnym. Przed nami żwirowa droga “House Rock Valley Road” (BLM 1065), która będzie nas prowadziła pośród czerwonych skał i piasków Arizony przez następne 23 mile. W tym miejscu należy zaznaczyć, iż dojechać do White Pockets można tylko samochodem terenowym z napędem na 4 koła, z wysokim zawieszeniem oraz wyposażonym w opony ze specjalnym bieżnikiem przystosowanym do jazdy po piasku. Niezbędny jest też ręczny GPS z mapą topograficzną USA.
Żegnaj cywilizacjo …wjeżdżamy na droge BLM 1065
Piasek i skały
Piaszczysta, choć dobrze utwardzona droga “House Rock Valley” prowadziła nas przez prawie 10 mil. Nie mieliśmy większych problemów z przejazdem, choć o rozwinięciu większej niż 35 mil na godzinę prędkości nie było mowy. Ukryte pod kilkucentymetrową warstwą piachu kamienie i wystające skałki skutecznie ograniczały nasze próby przyspieszenia przejazdu. Pierwsze napotkane rozwidlenie dróg. Tak jak pokazuje mapa skręcamy w prawo, a następnie po kilku milach w lewo w drogę “Pine Tree Road”. Od tej chwili rozpoczyna się zdecydowanie najtrudniejsza część trasy. Piasek staje się naprawdę głęboki. Nasze samochody z napędem na 4 koła jednak jakoś radzą sobie z napotkanymi przeszkodami, choć czasem zapadamy się prawie na 20 cm. Najgorsze jednak są zakopane pod grubą warstwą piachu kamienie, na które co chwilę wpadamy. Kilka razy nieźle łupnęło gdzieś pod podwoziem, jednak samochód jechał dalej. Powoli, ostrożnie… byle do przodu. Nie wolno się zatrzymywać… 10 mil na godzinę to naprawdę zawrotna prędkość w tak trudnych warunkach.
Po drodze mijamy okoliczne opustoszałe farmy.
Po chwili jazdy okoliczne krajobrazy stają się coraz bardziej interesujące.
Bezdroża Arizony – uwielbiam takie klimaty! Minęło około 20 minut, droga wciąż wiedzie nas przez głęboki piasek, jednak już nie ma zdradzieckich kamieni. Można nieco przycisnąć… wypożyczone Subaru daje radę. Coraz szybciej zbliżamy się do celu wyprawy. Według mapy oraz informacji znalezionych w przewodniku zbliżając się do White Pocket powinniśmy zaparkować na małym, nazwijmy to “parkingu”. Czyli – jak się okazało w rzeczywistości – na zwykłej, dzikiej polance, której powierzchnia została utwardzona kołami parkujących tam samochodów. Zamiast do wspomnianego parkingu dotarliśmy w niewiadomy sposób na szczyt skamieniałej wydmy. Mniej więcej 300 metrów od nas zauważyliśmy miejsce, w którym powinniśmy się znaleźć. Jak widać zdobycze techniki XXI wieku wciąż mają problem z dokładnym określeniem położenia gdzieś na środku kamiennej pustyni. Trudno, zostawiamy samochód tam gdzie się znajduje i schodzimy kilkanaście metrów na dół.
Jeden z łatwiejszych odcinków trasy.
Powoli wyłaniają się przepiękne krajobrazy.
White Pocket w całej okazałości.
Nigdy nie zapomnę pierwszego wrażenia jakie wywarł na mnie krajobraz White Pocket. Cudowne, wspaniałe skały, które przytłaczają niesamowitą ilością kolorów i najdziwniejszych form. Teren, na którym znajduje się White Pocket zajmuje niecały kilometr kwadratowy i pokryty jest delikatną warstwą (czasem zaledwie kilkucentymetrową) białego piaskowca, spod którego wyłaniają się przepiękne kolorowe skały. Wygląda to tak jakby cały płaskowyż pokryty był cukrem pudrem. Niektóre wzgórza zdają się świecić złotym, odbitym promieniami słońca blaskiem. W pewnych miejscach całe góry czerwonego, białego i żółtego kamienia skręcone są w fantastyczne formacje przypominające ogromne skamieniałe torty urodzinowe. To prawie niewiarygodne, że skały te nie zostały sztucznie stworzone! Trudno uwierzyć, że te wszystkie kolorowe, bajeczne formacje to skamieniałe, mające kilkanaście tysięcy laty wydmy. Gwarantuję, że każdy wędrujący przez White Pocket turysta będzie musiał co kilkanaście metrów zatrzymywać się aby podziwiać otaczające go cuda natury.
Czy to skała czy może lody waniliowe ?
Kolejny cud natury …tort wielowarstwowy z dodatkiem skamieniałych wydm.
Na szczęście przed nami jeszcze prawie cały dzień zwiedzania… mamy sporo czasu aby dokładnie obejrzeć każdy metr kwadratowy kolorowego płaskowyżu. Z niecierpliwością jednak będziemy oczekiwać późnego popołudnia. Nisko świecące nad horyzontem słońce zamienia cały obszar w kolorowy slajd show.
Podobnie jak w Coyote Butte South cały teren można obejść w niecałe trzy godziny. Jednakże miłośnicy fotografii zdecydowanie powinni wydłużyć czas przeznaczony na wędrówkę pośród kolorowych skał w White Pocket do około 5 godzin. Tutaj dosłownie nie można odłożyć aparatu na dłużej niż 30 sekund. Zdjęcia robią się same… każde ujęcie jest inne, niepowtarzalne.
Cała dolina pokryta “cukrem pudrem”
Zdjęcia robią się same ….
Przy dobrej pogodzie z zachodniej części płaskowyżu rozciąga się wspaniały widok. Na horyzoncie daleko poza granicami parku “Grand Staircase” można dostrzec mieniące się różowymi kolorami skamieniałe iglice przepięknego Bryce Canyon. Jeśli ktoś jest zainteresowany tzw. “Art Rock”, na jednej ze skał w południowej części White Pocket można odnaleźć kilkanaście indiańskich hieroglifów.
Spacerując po płaskowyżu natrafiliśmy na kilka starych, wybudowanych przez farmerów niewielkich zbiorników wodnych, które w okresie ulewnych deszczów napełniały się i tym samym stanowiły naturalne źródło wody dla bydła w okresie suszy. Nadal na skałach widoczne są ślady kopyt i ścieżek (tzw. cowtrials) wydeptanych przez zwierzęta hodowlane. Dosyć dziwne miejsce jak na wypas bydła, bo to przecież środek kamiennego pustkowia, jednakże pozostawione ślady mówią same za siebie.
Błękitne niebo i czerwone skały Arizony.
Nie zrobiliśmy żadnego zdjęcia “cowtrials” ….prezentujemy jednak czerwona, skamieniałą rzekę
Powoli nad cukierkową dolinę nadciągał wieczór. Nadchodziła najlepsza pora, aby przygotować się do intensywnej sesji zdjęciowej. W południowym ostrym słońcu kolory otaczających nas skał były fantastyczne, jednakże dopiero delikatne zachodzące promienie słońca wydobyły ze skał całą esencję smaków i kolorów. Otaczające nas wzgórza zdawały się płonąć na tle ciemnogranatowego nieba. Każda warstwa skał zmieniała swój kolor w mgnieniu oka. Biel skamieniałych wydm przechodziła w żółć, aby już po chwili emanować ciepłym pomarańczowym kolorem. Niesamowite wrażenie. Skąd się bierze tyle barw i odcieni w tych niezwykłych formacjach? Myśleliśmy, że w ciągu dnia zrobiliśmy dużą ilość zdjęć, ale to co działo się w tej chwili przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. W zaledwie godzinę zapełniliśmy całą 4gb kartę, to ponad 500 zdjęć. Tego nie udało nam się osiągnąć na żadnej innej wyprawie. Magia White Pocket pochłonęła nas całkowicie.
Różowy zachód słońca ….cała dolina przypomina ogromny tort waniliowy.
Soczysta czerwień …skały zaczynają płonąć
Ostatnie promienie zachodzącego słońca …
Nocleg i powrót do hotelu
Tak szybko jak tylko słońce znika za horyzontem na płaskowyżu zaczęło robić się zimno. Pomimo że mieliśmy już początek maja, noce na pustyniach w Arizonie są jeszcze zimne. Temperatura spadła gwałtownie i termometry w samochodzie pokazywały o godzinie 21.00 temperaturę +12C. Nocleg w namiocie przy takiej temperaturze nie wchodził w rachubę. Zdecydowaliśmy się spać w samochodach. Urządziliśmy sobie piknik pod gwiazdami w otoczeniu wspaniałej scenerii. Każdy z nas miał w zapasie kilka słodkości, które smakowały jak nigdy. Zadziwiające, że nikt z nas nie miał ochoty na piwo, które chłodziło się przez cały czas podróży w przenośnej lodówce. Około 22.30 usnęliśmy zmęczeni całą przygodą…
Noc na środku pustyni w Arizonie …zimno ale wspomnienia bezcenne.
Pomimo wspaniałej scenerii nie mam przyjemnych wspomnień z noclegu pod gwiazdami. Mój śpiwór był zdecydowanie za cienki i przemarzłem do szpiku kości. Rano obudziłem się szczekając zębami i pobiegłem szybko ogrzać się w promieniach wschodzącego słońca. Mimo iż nocowaliśmy jakieś 500 metrów od White Pocket nawet z tej odległości doskonale widać było jak poranne słońce maluje promieniami różnokolorowe wzory na pobliskich powykręcanych w fantastyczne spirale skałach. Zdecydowanie poranek i wieczór to magiczne chwile dla fotografów.
Nadchodzący dzień jednak nie zapowiadał się tak okazale jak wczorajszy. Lokalne radio podało informację o zbliżającym się załamaniu pogody. Szybko spakowaliśmy nasz prymitywny piknik i półtorej godziny później byliśmy już w drodze powrotnej do cywilizacji.
Mapka i trasa dojazdu do White Pocket oraz koordynacje GPS:
Każdy, kto pragnie odwiedzić White Pocket w Arizonie powinien zatrzymać się w najbliższym miasteczku – Page. Z Page należy jechać na południe drogą 89, po 23 milach skręcić w prawo w drogę 89A, którą po około 41 milach dotrzemy do punktu oznaczonego na załączonej mapie jako P-1 (36 43 52.9 N, 112 02 46.3 W). Tutaj należy skręcić w prawo w drogę “House Rock Valley Road” o numerze BLM 1065. Jedziemy nią 9.3 mili do punktu P-2 (36 51 43,50 N 112 3 45.90 W). W punkcie P-2 znajduje się pierwsze rozwidlenie dróg, jedziemy jednak dalej aż do punktu P-3 (36 51 43.97 N, 112 3 45.87W) Tutaj skręcamy na wschód w drogę BLM 1017. Po 1.4 mili na skrzyżowaniu w punkcie P-4 (36 51 33.32N, 112 0 39.07 W) skręcamy w lewo i po 6 milach docieramy do kolejnego rozwidlenia dróg. Tutaj trzeba skręcić w prawo w drogę BLM 1066. W punkcie P-5 (36 55 37.85 N, 111 57 46.57 W),) na rozwidleniu Y jedziemy w prawo. Po około 2 milach docieramy do “parkingu”, skąd widać już pierwsze kolorowe formacje skalne. Jeśli ktoś nie jest pewien swoich możliwości jako kierowca, lub możliwości samochodu, lepiej zostawić samochód kilkadziesiąt metrów przed najtrudniejszym odcinkiem i przespacerować się około 2,5 kilometra do “parkingu” P-6 (36 57 33.46 N, 111 53 36.16 W)
Pawel P. © 2010 interameryka.com – wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowane bez zgody autora zabronione.
Interameryka – internetowy przewodnik po USA poleca:
Arizona- Magiczna Sedona
Arizona- Szklana platforma nad Kanionem Colorado










omg i want to go there now …
:D przepiekne zdjecia
Witam,
dzięki za ten opis. Dzięki niemu mogliśmy trafić w to niesamowite miejsce, co wcale nie było łatwe. Szczególnie że punkt P4 był jednak dalej niż opisałeś (jeżeli dobrze pamiętam o jedną milę)
Pojechaliśmy do White Packed na początku marca tego roku. Faktycznie to miejsce jedyne w swoim rodzaju, a niektóre skały są tak delikatnie “wyrzeźbione” że baliśmy się na nie wchodzić, żeby ich nie zniszczyć. Droga bez problemów (mieliśmy Jeepa Liberty 4×4). W jedym miejscu tylko przejechaliśmy podwoziem po skale (koło opuszczonej farmy). Byliśmy tam tylko kilka godzin (bez noclegu) ale było warto. W każdym razie jeżeli ktoś poszukuje miejsca w którym chce się poczuć jak odkrywca, bez wyznaczonych szlaków, bez turystów, to White Packed jest właśnie takim miejscem. Dzięki raz jeszcze, bo to dzięki Twojemu opisowi miałem okazję tam być.
pozdr
Darek